Jakimś cudem udało się Vovie złożyć wszystkie papiery. Teraz czekamy na decyzję. W najlepszym wypadku odpowiedź dostanie w ciągu miesiąca. Trzymajcie kciuki żeby było pozytywnie!
Żeby się odstresować wybraliśmy się w piątek do Teatru Wielkiego na „Wesele Figara”. Długo namawiałam Vovę na takie wyjście i jakoś się udało. Niestety z operą bywa tak, że albo się ją polubi albo znienawidzi. Podzieliliśmy się. Vova znienawidził, ja polubiłam. Będzie ciężko wyciągnąć go na jeszcze jedną taką wyprawę. A planowałam co najmniej kilka - balet, musical, siakaś smutasowa opera. Nic to, trzeba będzie sposobem – błaganiem lub krzykiem wymusić posłuszeństwo :P
Wybraliśmy się wczoraj z nowymi znajomymi na bilard i piwo. Bałam się, że będzie sztywno i nudno, ale było bardzo sympatycznie. Nawet trochę tańców połamańców było. Kolejna para do wspólnych wyjść. Vova niby taki sztywniak, a jakoś lepiej do ludzi zagaduje niż ja… Muszę się uczyć od niego i jakieś dziewczynę sobie wyrwać do babskich spotkań ;)
Zdałam sobie sprawę, że minął już prawie miesiąc nowego roku, a ja ciągle w jakimś zasranym maraźmie, co się ciągnie i ciągnie, i skończyć się nie może. To chyba ta gówniana zima tak na mnie wpływa.
Trzeba by się jakoś w sobie zebrać, ruszyć z kopyta i zrealizować plan na ten rok.
Zaczęłam od gruntownych porządków w mieszkaniu. Na kompie też zrobiłam. Ale dalej… Co dalej?
W nerwach cały tydzień jestem. Wyszła abolicja i zaczęły się schody. Wszystko wyglądało pięknie, damy kartę pobytu na dwa lata, tylko przyjdź. Przyszedł i na razie co? Gówieno! Problemy piętrzą się jeden za drugim. Indywidualne podejście do każdego kto składa wniosek to mit. Ambasada rosyjska w dupie ma swoich obywateli i nie chce wydać żadnego świstku, że Vova to rusek.
Poszliśmy na żywioł, bez planu B.
Powinnam go wspierać, a on powinien się denerwować. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. Ja w rozsypce, ryczę po kątach, a on mnie pociesza…. Śmieje się ze mnie, że nie jestem taka twarda na jaką wyglądam. Nie jestem, ale się staram.
Niech się uda no, niech będzie wreszcie normalnie!
"Co tak stoisz jak widły w gnoju" 08. styczeń 2012 21:20:00
Przeżywam kryzys. Osobisty, wewnętrzny, czy jak to by tam nazwać. Nowy rok powinnam zacząć z głową pełną planów i nadziei. A ja czuję się zmęczona i przygnębiona. Coś bym zmieniła w swoim życiu, żeby ten rok był lepszy od poprzedniego ale póki co siedzę na dupie i nie robię nic by było lepiej. Drobne przyjemności cieszą przez 5 sekund, a potem znowu mi się płakać chce. Gównianie mi samej ze sobą. Zżera mnie zazdrość o życie innych. Gapię się w seriale w TV i mam wrażenie, że nawet Rysio z Klanu ma ciekawsze życie niż ja. W dodatku samotnie mi. Kocham swojego faceta, super nam razem, ale brak mi innych ludzi. Vova stał się całym moim światem i gdy wyjeżdża nie mam nikogo, do kogo mogę się odezwać. Z kim wyjść. Ok., zawsze się znajdzie paru facetów, którzy są gdzieś w obwodzie, ale wiadomo ku czemu dąży spotykanie się z nimi. A nie o to chodzi. Mam wrażenie, że coś ze mną nie tak. Że nie umiem nawiązywać trwałych znajomości...
Z racji drobnych przyjemności na ten dzień poczytałam sobie na popularnym portalu nędzne teksty na podryw. Poryczałam się ze śmiechu. Rozbawiły mnie, może was też rozbawią:
„ Masz takie wielkie oczy… jak kartofle”
„ Patrz jakie piękne gwiazdy mała? Ale przy Tobie nawet te gwiazdy to ch...”
„Zatańczysz? - Nie... - To po ch... tu przyszłaś?”
„ Masz takie męskie ręce…”
„Jak na laskę z cyckami w rozmiarze A to jesteś nawet niezła”
I mój ulubieniec:
„ Podchodzisz do dziewczyny z chusteczką higieniczną i pytasz: Czy ta chusteczka pachnie Ci jak chloroform?”
W ogóle to myślę, że się zakochałam. I to nie w moim mężczyźnie :> Cały weekend spędziłam przeglądając jutuba, majspejca, tłitera, fejstłuka i inne tam takie śledząc chłopców z zespołu prezentowanego w notce niżej. W jednym to się właśnie zakochałam. Tak po szczeniacku, jak psychofanka w ulubionym członku boysbendu :) Prześledziłam wszystkie dostępne tropy, obejrzałam wszystkie filmiki, niektóre po 50 razy. I nadal nie mam dość. Tak, jestem nienormalna.
W fantazji na temat mojego „nowego chłopaka” Vova umiera na jakąś straszną chorobę, a ja wyjeżdżam do USA poznać swojego nowego wybrańca. Niestety nie umiem zdradzić Vovy nawet w fantazji, więc zawsze jak sobie fantazjuję na temat jakiegoś nowego fajnego faceta to najpierw „uśmiercam” obecnego ;) Oczywiście dzieje się to przez jakąś straszną nieuleczalną chorobę (ale niezbyt bolesną), ewentualnie szybki i nagły wypadek np. wpadnięcie pod samochód. Potem czas żałoby i już jako starsza ja, udaję się w poszukiwaniu nowej miłości. Niezwykły splot wydarzeń zawsze rzuca mnie w ramiona aktualnie podziwianego przystojniaka i voila! Fantazja gotowa :)Zdarzyło mi się, zakochać w plecach w autobusie, w dłoniach, w oczach, nawet w tyłeczku. Ale teraz przeżywam dziwaczną obsesję na temat chłopaka z Oregonu. Czy może być coś bardziej pokręconego? Ok., coś poza uśmiercaniem swojego faceta w fantazjach?
Śmieszna jest miłość. Szukamy jej całe życie, znajdujemy i co? Czy przesłania nam ona innych ludzi? Czy kochać można tylko jedną osobę? No nie. To ile można kochać? Ile razy w życiu i ile osób na raz? Kto w ogóle powiedział, że szukając swojej „drugiej połówki” należy skupić się na kraju w którym się mieszka? Mój mężczyzna urodził się około 2 500km od miejsca , w którym urodziłam się ja. Jakie było prawdopodobieństwo, że się spotkamy i będziemy razem? Nie ogarniam. Ile decyzji z jego i mojej strony pchnęło nas ku sobie, ku naszemu spotkaniu w tej szarej i smutnej Warszawie.
Chciałabym żyć inaczej, ale nie z inną osobą przy moim boku. Kropka.
Obiecywałam sobie napisać piękną notkę świąteczną, pełną ciepłych słów i serdecznych wspominek. Ale jak zwykle to co sprawnie i zwięźle ułożone gdzieś tam w głowie, nie znalazło przełożenia na blogusiowe literki . Ileż to razy wspaniałości mego umysłu nie zostały przekazane szerszej publiczności, nie zliczę. Niemniej chyba to lepiej, że nie wszystko co w danej chwili pomyślę uzewnętrzniam, bo głupoty mi straszeczne po głowie chodzą i mogłyby nadwątlić mój obraz w miarę inteligentnej osoby.
Święta Bożego Narodzenia minęły całkiem sympatycznie. Znowu Mikołaj spisał się w tym roku i dostarczył te prezenty, które bardzo chciałam. Jedyną rzeczą, która mi się mało spodobała były złote kolczyki od Vovy. To znaczy były ładne, ale troszkę czegoś innego się spodziewałam. Ba! Przed świętami zabrałam Vovę do jubilera i pokazywałam w jakim typie mają być ale chyba nie dotarło. Najprawdopodobniej jak poszedł sam to już nie pamiętał, jak wyglądało to co pokazywałam. Trzeba było zrobić zdjęcie tego co dokładnie chcę mieć i było by po zawodach. Mam nauczkę na przyszłość :) Swoją drogą zastanawiałam się, czy jak przyjdzie czas by rąbnąć na kolanko i mnie o rękę prosić, nie zamuruje mnie na widok jakiegoś szkaradztwa, które niby z dumą na palcu nosić będę musiała? Mikuś dał mi też scrabble i zmuszałam całą rodzinę do grania. Naprawdę było to fajne, gdy siedzieliśmy w pidżamach i wertowaliśmy słowniki w poszukiwaniu różnych nowych słów. Polski język być zawiły i skomplikowany, i trochę wątpliwości pozostało bez rozstrzygnięcia. Miło rodzinnie spędzić święta. Poza scrabblami w ruch poszły jeszcze karty. Przypomniały mi się nasze rodzinne wakacje, gdy podczas wyjazdu była brzydka pogoda i nie było nic do roboty na zewnątrz , to graliśmy godzinami w karty. Zaczęli uczyć mnie gry w brydża, ale póki co skumałam tylko, że uczący się gry robi zawsze za stół… :] Jestem jednak pełna zapału, bo to może być kolejna fajna gra i sposób na spędzanie wolnego czasu. Fajną grę ma też Vova na komórce - rzuca się ptakami w różne konstrukcje. Nadzwyczaj wciągające zajęcie. Można w to grać godzinami i nadal bawi tak samo.
Podczas spotkania przy stole w drugi dzień świąt spotkałam dawno niewidzianego kuzyna. Wyznał, że razem z żoną wybierają się w podróż dookoła świata. Sprzedali wszystko co mieli wartościowego, ona rzuciła robotę, on wziął bardzo długi bezpłatny urlop. Spakowali rzeczy, których nie dało się sprzedać i nie będące pamiątkami, i zwieźli je do piwnicy rodziców. Zamknęli wszystkie niedokończone sprawy i wyruszają w drogę. Bez konkretnego planu podróży, bez myśli co dalej, jak długo i gdzie osiądą w ostateczności. Wiele osób mówi, że ma takie marzenie, ale pierwszy raz spotkałam kogoś kto podjął się realizacji. Zaimponowali mi. Nie są to ich pierwsze dalekie podróże, nigdy też nie korzystali z organizowanych przez biura podróży wycieczek, zawsze zdani tylko na siebie, bez luksusów, ale za to bliżej tego prawdziwego życia, którego nie ma w przewodnikach. Dochodzę przy tym do wniosku, że ja jednak nie mam dość luzu, by się na coś takiego szarpnąć. Jestem idealną szarą masą, bez odwagi by coś w swoim życiu osiągnąć, czy zmienić lub chociaż spróbować.
Końcówka roku nie była dla mnie zbyt radosna. Zdołowana i przedokresowa ryczałam na zawołanie, nawet reklamy mnie rozczulały. Nie miałam chęci nigdzie wychodzić się bawić. Przygotowałam małą wyżerkę dla nas dwojga i wyczekiwaliśmy nowego roku każde przy swoim laptopie. A potem to na co głupie dzieciaki czekały najbardziej – fajerwerki :) Ponieważ oszczędziliśmy kasę i zostaliśmy w domu to zaszaleliśmy z drogimi sztucznymi ogniami. Zabawy co nie miara. Udało nam się kupić bardzo ładne fajerwerki i wszystkie ludki z bloków obok, gapiły się na nasze pokazy. Uśmiałam się, gdy Vova zaproponował żeby w przyszłym roku zrobić do tego oprawę muzyczną – wyobraziłam sobie siebie stojącą z gigantycznym bumboksem i Vovę latającego z zapalniczką w rytm muzyki odpalającego fajerwerki. To byłby niezły widok :)
W nocy ze starego na nowy rok zdarzyła się też dziwaczna rzecz. Otóż pamiętam jak się rozbierałam kładąc spać. Pamiętam bardzo wyraźnie bo Vova mi pomagał ściągać ubranie ;) A gdy się obudziłam, okazało się, że mam na sobie koszulkę i majtki. Myślałam, że Vova mnie ubrał, ale on zaprzeczył, poza tym lubi jak śpię nago, więc z własnej woli by mi nic na noc nie założył. Ja natomiast kompletnie nie pamiętam, żebym się ubierała. Tak więc zapewne zostałam porwana przez kosmitów do badań i oddana już ubrana …. To jedyne rozsądne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi do głowy….
A jeśli chodzi o rozrywkę i poprawę humoru z racji zakończenia urlopu, świąt oraz kolejnego roku to proszę:
.
Moim skromnym zdaniem to najfajniejsze śpiewające chłopaki. Obejrzałam wszystkie ich nagrania, przejrzałam stronę, wytypowałam nawet swoich ulubieńców i ich wyguglowałam. Uroczy są. Przytuliłabym wszystkich do swej maleńkiej piersi :P
Czas skupić się na tym co w życiu najważaniejsze... na sobie! 18. grudzień 2011 13:03:00
Przeżywam coś na kształt kryzysu przed urlopowego, wszystko mi się wali na łeb na szyję i mam wrażenie, że jak pójdę na urlop to się zawali świat :] Do dupy! Sprawy się nawarstwiają, a ja próbuję jak najwięcej załatwić, żeby się nie zajechać z początkiem nowego roku. Ale się pewnie zajadę. Nie dość, że końcówka roku i dopianie spraw z zeszłego to do tego dochodzi bardzo gorący sezon w pracy związany z zebraniami rocznymi. Nie wiem jak się z tym wszystkim wyrobić. Znowu nie śpię, znowu niedojadam. Zmęczona jestem i ospała. Ale przynajmniej gotowa do świąt. Wymyśliłam prezent dla taty w postaci eleganckiego skórzanego paska do spodni plus, jak się uda, takie światełko do samochodu, do podwieszania np. pod maską. Nie wiem jeszcze tylko gdzie takie cuś kupić. Poza tym bardzo się cieszę, że zobaczę rodzinkę. Doczekać się nie mogę :)
Radości przyspożyła mi też dzisiejsza wiadomość, o otrzymanej premii na święta, od będącej od niedawna pod móją opieką nieruchomości . Szczerze mówiąc, tą premię bym oddała za trochę lepsze traktowanie i bardziej rozsądne podejście do wielu spraw. Niemniej pieniążki też się przydadzą. Odłożę sobie na konto i popatrzę jak rosną procenty :P W końcu prezent gwiazdkowy już sobie zrobiłam w postaci butów. Niestety dwie pary okazały się nieco inne niż na zdjęciu w necie więc będzie zwrot, ale trzy pary to tez całkiem nieźle :)
Ostatnio wyjawiłam Vovie jak się mszczę za złe traktowanie przez poszczególnych ludzi, z którymi współpracuję. Patrzył na mnie przez chwilę z rozdziawioną gębą. Bo sobie takie chytry sposób wymyśliłam, że jak ktoś mnie wkurzy, to coś podkradam, psuję lub chowam. Żeby potem dana osoba nieźle się nagłowiła lub zwątpiła w siebie. I tak ostatnio zabrałam cichaczem pewne dokumenty i je wypieprzyłam. A potem zapytałam o nie osobę, która mnie wcześniej źle potraktowała. Hyhyhy i się zaczęło szukanie, przerzucanie szafek, segregatorów i podejrzenia o sklerozę. Śmiałam się w duchu diabelsko. Ale na zewnątrz pełna powaga, ba, nawet coś na kształt zmartwienia wykwita na mej twarzy. Vova chyba uważa, że związał się z psychopatką. Jak mu opowiadałam komu, za co i jak się odpłaciłam to taką niepewną miał minę. Jestem cierpliwa i potrafię się zemścić nawet w rok po jakimś zdarzeniu. A w pracy sobie nie żałuję. Oczywiście wszystko w białych rekawiczkach i tak, by szkód dużych nie narobić. Ale lubię się czuć jak master of puppets, tańczcie kukiełki, tańczcie :> Ok, poniosło mnie znowu. Pewnie dlatego Vova wydawał się lekko zaniepokojony...